Wiosna tydzień 10

Ostatni tydzień upłynął nam w Madrycie, o którym słyszałam tyle dobrego, od mojego męża, który zanim mnie spotkał (o historii naszego spotkania tutaj) mieszkał tam przez 3 lata, a  co ja sądzę o mieście jako matka z prawie 4-latką:

  1. Po pierwsze dużo za duże, z wizyty pamiętam głównie podziemia metra i przesiadki:

2. Nie mieliśmy szczęścia do pogody. Jak nie padało tutaj przez 6 miesięcy. (Madryt słynie z tzw. „suchego miasta”, tak akurat na nasz pobyt musiało się rozpadać, kiedy do Dublina zawitało słońce. Ironia, czyż, nie?! 😉

3. W weekend moją córkę rozłożyła gorączka, której nie miała od 2 lat i kiedy wysłałam męża po calpol, okazało się, że nie sprzedają go w supermarketach, tylko w aptekach. Oboje z mężem doszliśmy do wniosku, że nie jest to miasto dla rodziców. Wykreślam z listy opcji/planu B.

4. Jedzenie. Hm…Tu zdania są podzielone, bo jedni mówią, że hiszpańska kuchnia jest zdrowa, dla mnie nie jest. To głównie smażone na głębokim oleju przekąski i białe pieczywo, no może owoce morza, ale tych z kolei nie jestem fanką.

W niedzielę udało nam się spędzić miły lunch z przyjacielem z dawnych lat, który jest dziennikarzem dla Kolumbijskiego radio. Bardzo ciekawy człowiek i bardzo ciekawe dyskusje, nawet po zamknięciu restauracji. Z racji tego, że jest znany pozwolili nam siedzieć po zamknięciu, a mi udało się zrobić zdjęcia w całej okazałości, nie pełną ludzi, jak było podczas lunchu.

5. Z atrakcji to najbardziej lubiłam szwędać się po parkach i placach, ale z powodu pogody trzeba było wykupić nudną opcję objazdu busem hop-ON, hop OFF, do którego notabene zgubiłam bilet

Zdjęcie tytułowe z: stocksnap.io

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *