Podsumowanie tygodnia

  1. Święta, święta i po świętach, jak to mówią 😉 Moje były potwierdzeniem tego, że jest ruch w materii i że im więcej rzeczy wybywa z mojego domu, tym więcej do niego wraca. W sobotę pojawił się wędrowiec z Australii na mojej drodze, a w niedzielę siedział już z nami przy Wigilijnym stole, a wraz z nim same „błogosławieństwa” min. spektakularnie podpalony pudding świąteczny i dwa dni później wielgaśna choinka, bo narzekałam, że mała nie ma mocy 😉

2. Zaraz po wielkiej magii świąt, (patrz jak przytyć 5 kilo w 2 dni ) kiedy cała reszta świata potoczyła się na wyprzedaże ja przekornie postanowiłam zrobić coś dla siebie i udałam się w drugim kierunku na Dublin 15 (Clonee). Tam nie tylko odkryłam zakład przesympatycznej Kingi Jaszczuk, link, ale i także spotkałam swoją czytelniczkę (pozdrawiam Cię Marta, bo wiem, że to czytasz ;-))

Moja prośba: Kingo, nie podnoś ceny, bardzo Cię proszę, bo jeszcze nie zdążyłam dojechać do miasta, a już dotarła do mnie skarga jednej z Mam, że 200 Euro za HIFU (High Intensity Focused Ultrasound, a prościej: zabieg kosmetyczny wspomagający produkcję kolagenu i innych dobroci) nie da, ja zresztą też 😉

Twój zakład, Twoje pieniądze, Twoje decyzje. Ja tylko kalkuluję, że lepiej mieć 10 zadowolonych klientek za 100 euro, niż jedną za 200 😉 Plus każda pewnie ma ok 10 koleżanek w swoim najbliższym otoczeniu. Nie rób z HIFU luksusowego towaru, zmarszczki to dość powszechne zjawisko. Bądź bezkonkurencyjna i dostępna dla każdej z nas – taka prośba/sugestia!

3. Kolejna rzecz, w końcu miałam czas, żeby upiec chleb, do którego przymierzałam się już od lata.

Do tej chrupiącej skórki zainspirowała mnie swego czasu Edyta Zając, (która nota bene napisała ostatnio nową książkę, link) w swojej liście nowych rzeczy do zrobienia.

Zabawne była sytuacja, kiedy mój zmarznięty mąż wrócił z pracy i zapytał się jak mi minął dzień, a ja mu z dumą pokazuję świeżo upieczony chleb 😉  Opłacało się? i rzecz jasna NIE miał na myśli ceny świeżych drożdży wartości bułki, ale czas jaki jemu poświęciłam, a ja z automatu odpowiedziałam, że NIE opłaciło się.

45 minut czekania, aż wyrośnie + 45-60 czekania, aż podrośnie + 40 minut czekania aż się upiecze = chleb

4. Powolutku zamykam też stare sprawy, by znaleźć miejsce na nowe i właściwie to zastanawiam się, po co mi plany. Kiedy czytam wszystkie te lifestylowe blogi, ich podsumowania, osiągnięcia, plany myślę sobie, czy ja rzeczywiście tego chce i czy tak się w ogóle da. Na dużej kartce papieru rozrysować swoje całe 365dni.

Z drugiej strony widzę, że to co udało mi się osiągnąć, czyli jako tako „ujarzmić codzienność”, jest na liście innych mam do osiągnięcia, a to co udało im się osiągnąć jest na mojej. Haha, trawa zawsze jest zieleńsza u sąsiada, jak mówią i wiem też, że czas/ życie (a konkretnie z dziećmi) zbyt szybko płynie.

    Dlatego życzę Wam w 2018 roku spokoju, gdziekolwiek jesteście i cokolwiek robicie!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *