Nad wielką wodą

No i mamy Nowy Rok, a gdzie byłam w starym?

W końcu znalezłam wirtualnie idealne miejsce dla siebie na zimowe wieczory. Wszystko zaczęło się od grudniowego wywiadu z Brodzik w Zwierciadle. Zaczęłam oglądać „Dom nad rozlewiskiem” i… przepadłam. Codziennie po 45 minut x 2, poświęcałam swój wolny czas na serial, ja matka małego dziecka. Czekałam aż córka zaśnie w ciągu dnia, albo padnie wieczorem, by móc obejrzeć swoją dawkę idealnego świata bez komarów i kleszczy.

Mniej więcej co tydzień zaczynałam nową serię, właśnie skończyłam i czekam, aż w VOD pojawi się „Pensjonat nad rozlewiskiem”, bo tenże miał już premierę w grudniu 2017.

Tymczasem, Droga Kasiu, bardzo dziękuję Ci za życzenia noworoczne i ciepłe słowa, że mimo braku czasu „lubisz mnie czytać”, bo nie ma nic lepszego dla autora, jak odzew, że ktoś go w ogóle czyta 😉

Postaram się, żeby było mnie tu więcej w 2018 roku, tymczasem wrzucam moje wspomnienia z jednego z pobytów nad takim właśnie „rozlewiskiem”;-)

 

Pamiętam jak pewnego dnia brat zabrał mnie nad takie właśnie rozlewisko.

Było to dawno temu. On był już żonaty, a jego pierworodna córka, dziś już dorosła kobieta była małym szkrabem bawiącym się ze mną na podłodze w kuchni. Mogła mieć wtedy może 2 lub 3 lata.

Miejsce akcji: Bory Tucholskie, jezioro Osie. Dom był jak z moich marzeń, wszystko w drewnie i wiklinie. Salon z kominkiem. Wyburzona ściana z widokiem na startujące na jeziorze kaczki i łabędzie oraz pomost. Cud, miód, malina jak mówią.

Zajechaliśmy większą ekipą ciemną nocą także dużo nie widzialam, ale rano, jak tylko się obudziłam to z okna łazienki przywitała mnie “wielka woda” (tak ją nazwałam, bo nie miałam bladego pojęcia gdzie jestem)

Właściciele pensjonatu byli wspaniałymi ludźmi. Pani Monika przypominała mi Panią Basię z rozlewiska, a jej partner z charakteru Tomasza, chociaż wyglądał zupełnie inaczej.

Śniadanie na tarasie, spacer po lesie, zbieranie kwiatków to wszystko nic. Wtedy moim ulubionym kącikiem był kącik z adapterem i pokaźną kolekcją płyt, przy której później spędziłam niezapomniany wieczór.

Kochałam się wówczas w koledze  brata, pokaźnym brodaczu o twarzy Georga Michela, który wrócił właśnie z Niemiec i rozbijał się po Borach Tucholskich jeepem ( co bardzo mi wtedy imponowało).

Niestety, kiedy ja nosiłam wydziergane przy adapterowych szumach sweterki, on wolał szczupłe, zadbane blondzie z czerwonymi pazurkami, min. z taką właśnie przyjechał.

I mimo, iż weekend był wtedy krótki to pamiętam każdą jego chwilę, jak i te, które spędziliśmy przy iskrzącym się kominku, kiedy pokaźny brodacz opowiadał mi o swoim dzieciństwie, o modelarstwie i swoich dziecięcych marzeniach.

Słuchałam, słuchałam i słuchałam i mimo, iż na codzień gadam, gadam i gadam to brodaty obiekt swoich westchnień mogłam słuchać bez końca. On był po butelce whisky, najbardziej wytrzymały z całego towarzystwa, a ja trzeźwiusieńka, chciałam spędzić każdą możliwą chwilę z nim.

Na drugi dzień panowie wybrali się na ryby, panie na spacer i to było moje miejsce na ziemi.

Ciekawe, czy nadal tam jest, a brodacz?

Na prośbę brata, razem z Blondzią odwiózł mnie bezpiecznie do domu, a ja czułam się przeszczęśliwa, spełniona, pełna zerkając od czasu do czasu nieśmiało w lusterko kierowcy – Ach! Młodość 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *