Minimalizm jako droga do szczęścia

Zawsze chciałam być osobą, która zmieści swój materialny świat w dwóch walizkach i…

Lata przeprowadzek, mniej więcej raz w roku udowodniły mi, że „rzeczy lubią się gromadzić”. Najpierw dwie walizki, potem cała taksówka, potem dwa kursy całej taksówki, potem Van, potem niekończąca się przeprowadzka przez dwa tygodnie i wtedy jeszcze nie było dziecka.

Aktualnie minimalizm jest moim lekarstwem na utrzymanie porządku, na odciążenie z balastu, na problemy typu co na siebie włożyć i jakich kosmetyków używać.

Pamiętam jak mój ojciec twierdził, że na różnych etapach życia ludzie potrzebują różne rzeczy, czasem mniej,

czasem więcej, ale każdemu powinno się dawać według jego potrzeb.

Nagle zatarła się u mnie granica pomiędzy „chcieć”, a „potrzebować”.

Kilka lat temu rozmawiałam na ten temat Kubańczykiem, który tak jak ja wychował się w komunie i do dziś pamietam jego argumenty.

Ile samochodów jesteś w stanie używać w danym momencie? – odpowiadałam, że możesz mieć ich na ile cię stać i używać innego na każdy dzień tygodnia lub inną okazję, ale fakt jest faktem w danym momencie prowadzić możesz tylko JEDEN.

Na ilu łóżkach jesteś w stanie spać? Ilu domów potrzebujesz? Ile ubrań wynosisz? Ile kosmetyków zużyjesz? Ile możesz konsumować w danej chwili nawet najlepszych rzeczy? No właśnie.

RZECZY MATERIALNE SĄ OGRANICZONE!

Przez jakiś czas myślałam, że minimalizm kłóci się z moim umiarkowanym hedonizmem (umiarkowanym, bo są granice), ale wręcz przeciwnie one idą w parze. Do celebrowania chwili, momentu naprawdę nie potrzeba wiele.

Jest kilka wersji minimalizmu w praktyce, zwłaszcza jeśli chodzi o ilość posiadanych przedmiotów w życiu codziennym:

  1. Jedni ograniczają ilość posiadanych przedmiotów do max 100, ale jakoś jeszcze nie poddałam się eksperymentowi, by sprawdzić, ile rzeczy potrzebuję dziennie, może kiedyś.
  2. Wierzę w zasadę FLOW i tego, że NATURA NIE LUBI PRÓŻNI na miejsce starego zawsze pojawia się nowe. Także jeśli chcesz by się nowe pojawiało musi być na nie miejsce. Niezależnie, czy mówimy o rzeczach, czy ludziach w naszym życiu. W domu, najzwyczajniej stosuję metodę, pojawia się coś nowego – coś starego musi ustąpić jej miejsca.
  3. Codziennie pozbądź się jednej rzeczy, której nie używasz.
  4. Jeśli planujesz jakiś zakup to odwlecz go w czasie na 30 dni i codziennie pytaj samą siebie, czy naprawdę jest Ci to aż tak bardzo potrzebne. W większości przypadku dojdziesz do wniosku, że NIE.;-)
  5. Autorka bloga poświęconego minimalizmowi, którego zresztą ostatnio odkryłam dzięki moim research odnośnie oleju kokosowego pisze o jeszcze jednym podejściu, którego nie znałam otóż:

Z zegarkiem w ręku poświęć 5 minut na segregowanie rzeczy i po tych 5 minutach najzwyczajniej wyrzuć śmieci, a inne rzeczy odłóż na swoje miejsce. Nie rozkminiaj się zbyt długo nad listem, pamiątką, czy czymkolwiek, masz tylko, a może aż 5 MINUT i tyle wystarczy by nie mieć bałaganu 😉

Mniejsza ilość przedmiotów daje się łatwiej kontrolować i utrzymać w porządku.

Mniejsza chęć posiadania przedmiotów powoduje, że skupiamy się na życiu TU i TERAZ a nie żyjemy mrzonkami, że jak będziemy mieszkać w domku swoich marzeń to wtedy dopiero będziemy szczęśliwi.

Mniejsza ilość posiadanych rzeczy budzi naszą kreatywność i jest bardziej ekologiczna.

Mniejsza ilość jest zdrowsza bo niweluje napięcie/frustrację spowodowane chęcią posiadania.

Miłego weekendu Kochani! 😉

Zdjęcie z: https://stocksnap.io/

Jeśli macie ochotę na podobne teksty to zapraszam na:

  1. Oczyszczanie przestrzeni
  2. Tu i teraz
  3. Nie twórz bytów ponad potrzebę
  4. FoMo, czyli Fear of Missing out
  5. Slow life jako celebracja indywidualności

 

4 Comments

  1. Punkt 4 sprawdza się u mnie idealnie. W większości przypadków dochodzę do wniosku, że przecież to coś, czego tak bardzo pragnę, że muszę mieć już tu i teraz, wcale nie jest mi potrzebne.

    Punkt trzeci powinnam wprowadzić do tego chaosu, który mamy czasem w domu.

  2. Punkt 4 przetestowałam 🙂 To prawda z tymi zakupami.. Na gorąco wydaje mi się że koniecznie muszęy mieć „to coś” i nie mogę żyć bez „tej” nowej rzeczy. Ale jeśli powstrzymam się od zakupu, to w 90% po kilku dniach zapominam w ogóle co to było 🙂 I to najlepszy dowód, że to było zbędne. Mój najlepszy sposób na zakupy (a właściwie ich unikanie), to po prostu ograniczenie do minimum wyjść do sklepów i galerii.

    • Dokładnie 😉 Chciałam kiedyś napisać post pt. „Jak nie dać się konsumpcjonizmowi”, a w nim pierwszy i najważniejszy punkt byłby: Omijaj sklepy wielkim łukiem. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *