Wartość utraty jest bolesna

Jeszcze 10 lat temu nafaszerowana akademickimi teoriami „kiedy tak właściwie zaczyna się życie” potrafiłam powiedzieć ciężarnej, że dziecko, które ma w brzuchu nie jest jeszcze w pełni człowiekiem. Tymczasem jakimś cudem (popartym medycyną rozdrodczą) stałam się matką 2.5 roku temu.

Kiedy stwierdziliśmy, że nadszedł dzień na rodzeństwo rozpoczęły się przygotowania i nadszedł ten DZIEŃ, kiedy to zamrożony 3 lata temu 5 dniowy embrion doczekał się swojej chwili. Kiedy laborantka niosła go do pokoju, gdzie czekałam na niego z ojcem, lekarzem i embriologiem chciałam wykrzyczeć: „Dajcie mi moje dziecko”. A przecież to był tylko rozmrożony 5 dniowy embrion 😉

Wszystko przeszło jak powinno, aż do ostatniego wtorku, kiedy okazało się, że „nie jestem w ciąży”, embrion się nie zagnieździł, wynik negatywny. Najpierw był szok. Jak to? Przecież czułam objawy (fakt, że po kilku dniach przestałam je czuć, ale nie chciałam się zamartwiać).

Pamiętam jak na studiach filozoficznych, z zajęć z aksjologii przerabialiśmy „wartość utraty”, zapamiętałam jedno:

– Wartość utraty jest BOLESNA.

I wiecie co? Przypomniały mi się wszystkie kobiety, które utraciły dzieci, na różnych etapach, te krótko po narodzinach, te, które poroniły, te, którym się nie udało i stwierdziłam, że nie ma znaczenia, czy mówimy o 2 letnim dziecku, krótkonarodzonym, czy poronionym, niezagnieżdżonym – Ból jest ten sam. I dotyczy on naszych planów, oczekiwań, nadziei, które nigdy już się nie ziszczą.

Wtorkowa noc była straszna. Nie mogłam spać. Kiedy tylko zgasiłam światło płakałam jak dziecko, aż padłam ze zmęczenia, a kiedy znów się obudziłam znów zaczęłam płakać, aż padłam. Nazajutrz rano obudziłam się z opuchniętą twarzą i pustką w sercu, ale nie miałam już siły płakać. Za oknem środowe niebo w Dublinie płakało za mnie.

Jakoś przetrwałam ten dzień w największej chyba pasywności, jaką może osiągnąć człowiek i padłam ze zmęczenia.

Czwartek był jak z Budki Suflera:

„A po nocy przychodzi dzień,

a po burzy spokój….

Znowu w drogę, w drogę trzeba iść,

w życie się zanurzyć…”

Mój mąż wziął wolne, by jakoś znieść to razem.

Dziś jest piątek. Dzień w którym zazwyczaj piszę podsumowania, a tydzień temu myślałam, że zacznę odliczanie do kolejnego cudu.

Niestety, nie udało się. Tym razem mieliśmy mniej szczęścia, a wszystkie głupoty jakie powiedziałam w przeszłości „odszczekuję” i łączę się w bólu, z tymi, którzy stracili swoje szczęścia niezależnie na jakim etapie rozwoju one były.

Zdjęcie zrobione lata temu przez moją przyjaciółkę Magdalenę Wichrowską, które oddaje cały powyższy smutek

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *